„Kardynał” Martini: „Musimy się nauczyć jak jeszcze bardziej kochać Izrael”

forumdlazycia Tradycji Katolickiej

Żydomasońska rewolucja w Kościele Katolickim: „kardynał” Martini: „Musimy się nauczyć jak jeszcze bardziej kochać Izrael”.

— „To nie wystarczy, żeby nie być antysemitą. —  Trzeba kochać Izrael miłością otwartą na wszystko i na każdego.”

Oto,  co  Carlo Maria Martini,   —  ekspert od judaizmu i Izraela —  (gdzie mieszkał bardzo długo jako biblista)

—  musiał powiedzieć na temat stosunków Kościoła Katolickiego z żydami i pośrednio na temat gromadzących się chmur od czasu do czasu nad tymi stosunkami.

a00-269x300-jpg1Carlo Mario Martini – judeomason i „kardynał” judeochrześcijańskiej sekty soborowej. Już w zaświatach.

Apel starego prałata —  (który opuścił Jerozolimę kilka lat temu i obecnie mieszka w jezuickim Domu Studialnym w mieście Gallarate leżącym w północnych Włoszech)  

—  wydaje się być napisany we wstępie przez emerytowanego arcybiskupa Mediolanu do

—  „nowej książki Alberto Mello,   —  mnicha zgromadzenia Bose Brotherhood z Jerozolimy i eksperta w dziedzinie judaizmu.”

View original post 745 słów więcej

Notatka na marginesie

Wygląda na to, że starym kiejkutom i politycznej ekspozyturze Stronnictwa Pruskiego udało się w czerwcu 2015 roku w organizm Rzeczypospolitej wszczepić ognisko gangreny, która – jeśli nawet nie zabije naszego organizmu państwowego – to w każdym razie będzie przyczyna jego słabości, podobnie jak kiedyś Kozaczyzna, która w organizmie Rzeczypospolitej utworzyła otwartą ranę. Stopniowo wyciekała przez nią siła państwa, aż wreszcie wyciekła – bo nie ma takiego państwa, którego właśni obywatele nie mogliby obalić. Mam oczywiście na myśli Trybunał Konstytucyjny, z jego nadętym prezesem, panem Rzeplińskim, który – Bóg jeden wie – jakie wykonuje zadanie i na czyje zlecenie. Jakby mało było tego, że ten cały bezsensowny Trybunał (bezsensowny – bo materie, którymi się on zajmuje, można by, bez najmniejszej szkody dla państwa, przesunąć do Sądu Najwyższego) już stał się pretekstem, wykorzystywanym przez wrogów Polski do rozgrywania naszego kraju na swoją korzyść, ale w dodatku zanosi się na to, że ta gangrena właśnie zyskała nowe impulsy rozwojowe. Oto akurat teraz trzeba by wybrać nowego prezesa – no i sędziowie wybrali trójkę kandydatów – ale znowu „bezprawnie”, więc oczywiście podniesie się klangor, a Frans Timmermans będzie miał dostarczoną dodatkowa amunicję do magazynka swojego Schmeissera, z którego prędzej czy później wypuści przecież śmiercionośną serię. Okazuje się, że Trybunał niepostrzeżenie stał się w naszym nieszczęśliwym kraju kolejnym źródłem bezprawia – bo skoro sam zaczyna uprawiać bezprawne praktyki, to jakże tu powierzać mu badanie zgodności ustaw z konstytucją? Ta czynność jest bezsensowna z jeszcze jednego powodu. Otóż konstytucja z 1997 roku, do której przyłożyli rękę dwaj wybitni, acz niestety niedouczeni jurysprudensi w osobie znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego i Aleksandra Kwaśniewskiego jest tak napisana, że może być z nią zgodne, albo i niezgodne właściwie wszystko, więc w tej sytuacji Trybunał Konstytucyjny ma całkowicie wolną rękę i może realizować dowolne zamówienie polityczne. A skoro może – to realizuje. Żeby nie być gołosłownym, podam trzy przykłady. W ordynacji wyborczej z 1991 roku zapisane zostały przywileje dla mniejszości narodowych, chociaż obowiązująca wtedy jeszcze konstytucja PRL-owska zawierała art. 81 przewidujący odpowiedzialność karną za jakiekolwiek, pozytywne lub negatywne, wyróżnianie obywateli z powodu ich przynależności narodowej. Kiedy wystosowałem do TK pismo zwracające uwagę na tę oczywistą sprzeczność, otrzymałem przesiąkniętą fałszem i krętactwami odpowiedź, z której można było wydestylować orwellowską tezę, że równość wobec prawa ma miejsce wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. Skoro jednak trzeba było wykonać niemieckie polecenia co do odpowiedniego traktowania mniejszości niemieckiej w Polsce, to trzeba było przecież znaleźć jakiś pozór uzasadnienia. Podobnie zachował się TK przy badaniu zgodności z konstytucją uchwały lustracyjnej Sejmu z 28 maja 1992 roku. TK zgodnie z ustawą, ma badać zgodność z konstytucją ustaw i innych aktów prawnych. Tymczasem uchwała lustracyjna „aktem prawnym” w rozumieniu ustawy nie była, bo „akt prawny” jest adresowany do bliżej nieokreślonego adresata, tzn. – do wszystkich obywateli, podczas gdy uchwała lustracyjna była poleceniem skierowanym do jednej jedynej osoby – do ministra spraw wewnętrznych – żeby dostarczył Sejmowi informacji o konfidentach w strukturach państwa. Ale skoro był rozkaz, że trzeba uchwałę lustracyjną uwalić, to Trybunał wykonał go w podskokach, kompromitując się nawet odczytaniem 30-stronicowego uzasadnienia wyroku w półtorej godziny po zakończeniu przewodu sądowego. No i wreszcie teraz – kiedy Trybunał uznał słynną „lex Trynkiewicz”, która przewiduje możliwość bezterminowego zamykania z izolatorze „osoby stwarzającej zagrożenie”, za zgodną z konstytucją. Doprawdy, najwyższy czas, by to całe towarzystwo przebierańców rozpędzić na cztery wiatry.

Tymczasem nieszczęścia chodzą parami i właśnie ziścił się koszmar od lat duszący Adama Michnika. Chodzi o to, by rankiem obywatela ze snu budził mleczarz, najlepiej oczywiście – Tewje Mleczarz, bohater „Skrzypka na dachu” – a nie ktokolwiek inny. Tymczasem do byłego senatora Józefa Piniora o szóstej rano załomotali funkcjonariusze CBA, zatrzymując go pod zarzutem brania łapówek w zamian za powoływanie się na wpływy. Nie da się ukryć, że Józef Pinior jest postacią wpływową, raz qua „legenda Solidarności”, a dwa – qua polityk całą gębą. Żeby jednak powoływał się na wpływy za pieniądze… Zebrały się tedy naprędce inne „legendy Solidarności” i uchwaliły, że absolutnie nie wierzą w te oskarżenia, że to wszystko polityczna zemsta żądnego krwi chrześcijańskiej Kaczora. Legendarne postacie gotowe są poręczyć za Józefa Piniora, którego złym duchem był podobno Jarosław W. który te wszystkie siuchty załatwiał. Ale to nie ten Jarosław W. o którym wszyscy myślimy, tylko jakiś inny. Jeśli to prawda, to ciekawe, czy robił to gwoli zrobienia paru złotych, czy też owijając sobie pana senatora wokół palca wykonywał zlecone przez kogoś zadanie? Protesty legendarnych postaci przeciwko zatrzymaniu Józefa Piniora zasadzają się na niewypowiedzianym przekonaniu, że legendarni są immunizowani na pokusy pieniężne. Osobiście na miejscu legendarnych postaci zachowałbym większą skromność, a to z uwagi na osobliwy sposób rozliczenia pieniędzy, jakie na rzecz podziemnej Solidarności napływały z zagranicy. Głównym sponsorem była amerykańska centrala związkowa AFL CIO, ale na pieniądzach przecież nie pisało, czy pochodzą od CIA, czy od CIO. Szły one zasadniczo dwoma kanałami: watykańskim, których uchodził za dyskretny, dopóki nie wydało się, ilu konfidentów SB ulokowała w bezpośrednim otoczeniu Jana Pawła II. Przez ten kanał przeszło ok. 250 mln dolarów – co wyszło na jaw przy okazji afery z Bankiem Ambrosiano. Dwukrotnie więcej przeszło drugim kanałem – przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, którym kierował tajny współpracownik SB, Jerzy Milewski, którego później podsunięto Kukuńkowi na ministra w Kancelarii Prezydenta. Tutaj już bezpieka dokładnie wiedziała, kto, ile i za co wziął, a nawet – gdzie schował. Mówiono wówczas, że trzeba by to wszystko rozliczyć, oczywiście nie teraz, gdy szaleje komuna, ale kiedyś… w wolnej Polsce… No i nastała „wolna Polska”. Na I zjeździe Solidarności jakiś prawdziej złożył wniosek, żeby teraz rozliczyć. Klangor podniósł się aż pod niebiosa, ale stało się – zaklęcie zostało wypowiedziane. Rada w radę uradzono tedy, że ksiądz prałat Henryk Jankowski da kapłańskie słowo honoru, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Skąd ksiądz Jankowski wiedział, że było – tajemnica to wielka, którą zabrał ze sobą do grobu. Być może zresztą zapewniły go o tym „legendarne” postacie – kto wie, czy nie te same, które teraz protestują przeciwko zatrzymaniu Józefa Piniora? Okazuje się, że old spices z pierwszej komuny ciągną się w najlepsze w „wolnej Polsce” i że najsilniejsze stężenie zapachów jest wokół „legendarnych”. Ładny interes!

Jakby tego było mało, opinia publiczna z niejakim zaskoczeniem dowiedziała się, że obywatel amerykański Robert Grey, mianowany niedawno wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie pani Beaty Szydło, „zataił” związki z amerykańskimi tajnymi służbami, znaczy się – z tamtejszą razwiedką, wobec czego został ze stanowiska zwolniony. Warto przypomnieć, że nie jest to żaden precedens. Wiceministrem obrony w rządzie premiera Olszewskiego został poddany brytyjski Radosław Sikorski, który dopiero później miał z tego poddaństwa zrezygnować. Potem, w roku 2007, na miejsce przewidzianego w „gabinecie cieni” Platformy Obywatelskiej na ministra finansów Zbigniewa Chlebowskiego, pojawił się, niczym jeździec znikąd, pan Vincent Jacek Rostowski, poddany brytyjski z pierwszorzędnymi „korzeniami” i to on został ministrem finansów, a później – nawet wicepremierem obstawiającym panią Ewę Kopacz. No a teraz – pan Grey, który, mówiąc nawiasem, został wiceministrem odpowiadającym za „politykę gospodarczą” naszego bantustanu zaraz potem, jak prezydent Duda pojechał do Pekinu i się tam nasładzał perspektywami wynikającymi z „jedwabnego szlaku”. Dlaczego jednak powiązania pana ministra Greya z amerykańskimi służbami wyszły na jaw dopiero teraz, kiedy prezydenckie wybory w USA wygrał Donald Trump, od którego niemiecki minister Steinmeier nerwowo żądał politycznych deklaracji już drugiego dnia po wyborach, no a teraz Niemcy rozważają możliwość już nie tylko zbudowania europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, ale nawet wejścia w posiadanie broni jądrowej? Tego nieprędko się dowiemy, o ile w ogóle – ale właśnie dlatego życie jest takie ciekawe.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Notatka na marginesie

Florek zaznacza w rozmowie, że ważne jest budowanie w Polsce kapitału społecznego, a także świadomości konsumenckiej:

– Największym kapitałem w Polsce są konsumenci. Muszą zrozumieć, że to oni, wydając swoje pieniądze, decydują o tym, jak się będzie kraj rozwijał. Jeśli Polak pójdzie do sklepu i kupi produkt niemiecki, to powiększa średnią wynagrodzeń w Niemczech. Firma sprzedaje, ma obrót i kapitał, ma efekt skali, może produkować taniej, może wydawać pieniądze na badania i rozwój, na innowacje. U przeciętnego Polaka nie ma wiedzy, skąd bierze się bogactwo zachodnich państw. Kapitał społeczny to największa nasza rezerwa. Musimy nauczyć się ze sobą współpracować, by wspólnie tworzyć dobrobyt.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

Rafał Ziemkiewicz: Polska jest kolonią Niemiec

Polska jak kolonia – sektor handlowy niemal całkowicie w rękach zagranicznego kapitału

Prezes Fakro podkreśla, że aby dogonić Zachód i zarabiać więcej, Polacy muszą zacząć ze sobą współpracować:

– Proste rezerwy już wykorzystaliśmy. Każdy kraj, który opiera swój rozwój o inwestorów zagranicznych, jest krajem półkolonialnym. Pozostanie na pułapie średniego rozwoju i na tym koniec. My na tym etapie już jesteśmy. Gdzie nie ma kapitału społecznego, tam jest bieda. Tam, gdzie jest, tam jest bogactwo.

Forbes i Florek zwracają uwagę na przypadek Danii, w której statystycznie na milion mieszkańców przypada najwięcej globalnych firm. Prezes Fakro przypomniał, że Dunka Margrethe Vestager, europejska sekretarz ds. konkurencji, połowę swoich spotkań odbywa z duńskimi przedsiębiorcami.

– Będąc w Komisji, główkuje, co tu zrobić, żeby się rozwijała gospodarka duńska. A jak się zwróciliśmy do Janusza Lewandowskiego, gdy zasiadał w Komisji, mówił, że jest z Polski, więc mu nie wypada zabiegać o to, żeby polska firma nie była dyskryminowana w Unii Europejskiej. Jak mamy takich polityków, to jak my możemy budować kapitał społeczny i dobrze zarabiać?

W rozmowie Florek nawiązał również do kwestii ochrony polskiej ziemi:

– Jak przedsiębiorca chce dziś kupić kawałek ziemi, to albo nie może, albo musi robić kilka podejść. Trzeba było wprowadzić jakąś ochronę polskiej ziemi, ale przyjęte rozwiązania to przesada.

Z kolei w kontekście zmian dla przedsiębiorców stwierdził, że najważniejsze byłoby wprowadzenie systemu estońskiego. Według którego, obowiązek płacenia CIT pojawiałby się dopiero w chwili, gdy pobiera się dywidendę.

– To jest najprostszy sposób, żeby pobudzić gospodarkę, bo niepotrzebne są wtedy optymalizacje podatkowe, a kontrole mogą zostać uproszczone – uważa przedsiębiorca.

– Warto pomyśleć też o rozwiązaniu, które funkcjonuje w Niemczech, gdzie minister gospodarki może zmienić decyzję innego urzędu, jeśli miałoby to służyć gospodarce – podkreślił.

Forbes.pl / Kresy.pl

Notatka na marginesie

Od 1990 do końca ubiegłego roku, jak informuje w oficjalnym raporcie Ministerstwo Skarbu Państwa, przekształceniami własnościowymi objęto 5 tys. 992 państwowe przedsiębiorstwa. Gdy prywatyzacja startowała, państwo było właścicielem około 8,5 tys. zakładów.

Pierwszym akordem skoku na majątek wypracowany przez kilka pokoleń Polaków było uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury. Skala tego złodziejstwa była ogromna – w latach 1988-1989 powstało około 12 tys. spółek, które na bazie państwowego majątku zakładali dyrektorzy zakładów przy współudziale członków rodzin, urzędników i działaczy partyjnych. To ze spółek nomenklaturowych wyrosły fortuny ludzi, spośród których wielu jest dziś obecnych na listach najbogatszych. Inną formą wysysania aktywów z państwowych firm były przedsięwzięcia typu joint venture, w które zaangażowały się firmy zagraniczne lub polonijne – zakładane często przez komunistyczne służby specjalne.

Balcerowicz wzywa do wyprzedaży

Wyprzedaż za bezcen majątku narodowego była bardzo istotnym elementem programu Leszka Balcerowicza. Wicepremier – minister finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, a potem Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jerzego Buzka – ochoczo wdrażał w Polsce pomysły amerykańskiego spekulanta George´a Sorosa i ekonomisty Jeffreya Sachsa oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego: połączenia finansowej terapii szokowej z wyprzedażą firm państwowych. Balcerowicz naciskał na szybką prywatyzację, osoby krytykujące wyprzedaż majątku, pokazujące oszustwa, patologie przy prywatyzacji nazywał demagogami, populistami, szkodnikami itp.

Pierwszy minister przekształceń własnościowych Waldemar Kuczyński (Unia Wolności) co prawda szybko odszedł, bo wraz z premierem Tadeuszem Mazowieckim (grudzień 1990), ale przygotował przedpole dla swojego następcy Janusza Lewandowskiego (KLD, potem UW, teraz PO) – ministra w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego (1991) i Hanny Suchockiej (1992-1993). To Lewandowski stał się “znakiem firmowym” prywatyzacji, zarzucano mu potem wielokrotnie łamanie prawa przy przekształceniach własnościowych, zaniżanie wartości sprzedawanych zakładów. Do sądu trafiła sprawa prywatyzacji dwóch krakowskich spółek: Techmy i KrakChemii, ale po wielu latach i kilku procesach obecnego eurodeputowanego PO uniewinniono. Premier Jan K. Bielecki i inni politycy KLD nie kryli swojej dewizy, że “pierwszy milion trzeba ukraść”, uważali, iż to po prostu koszt transformacji. Nic więc dziwnego, że byli przez Polaków nazywani nie liberałami, a aferałami. A hasło KLD z kampanii wyborczej w 1993 r. “Milion nowych miejsc pracy” przerobiono na “Milion nowych afer”.

Oddam zakład za półdarmo

W lipcu 1990 r. parlament przyjął ustawę o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, otwierając drogę także sprzedaży majątku narodowego w obce ręce. Inwestorzy domagali się, aby przy procesie prywatyzacji pracowały firmy doradcze, ale takich w pierwszych latach transformacji w Polsce nie było – więc wynajmowano zagraniczne, które kazały sobie słono płacić za usługi. Ekonomista dr Ryszard Ślązak wyliczył, że np. w 1994 r. wynagrodzenie dla doradców sięgnęło prawie 7 proc. wpływów z prywatyzacji. Zdarzało się też nieraz, że więcej zapłacono doradcy, niż uzyskano ze sprzedaży. Skrajnym przykładem są Zakłady Papiernicze w Kostrzynie nad Odrą, które sprzedano za 80 zł (!), a za doradztwo ministerstwo dostało fakturę na ponad 80 tys. dolarów.

Ten przykład pokazuje inną poważną patologię: powszechną praktyką było zaniżanie wartości sprzedawanego przedsiębiorstwa. Obowiązywała propaganda, że “firma jest warta tyle, ile inwestor jest gotów za nią zapłacić”. Urzędnicy celowo np. zaniżali wartość gruntów lub całkowicie pomijali je przy wycenie. Dlatego bardzo nowoczesne zakłady celulozowe w Kwidzynie, produkujące np. ponad połowę papieru gazetowego w Polsce, sprzedano za 120 mln dolarów – to niewiele, bo gdyby amerykański inwestor chciał zbudować taki zakład w szczerym polu, musiałby wydać zapewne dużo więcej niż 500 mln dolarów.

Z kolei Elektrownia Połaniec, o mocy 1800 MW, została sprzedana przez ministra Emila Wąsacza z AWS Belgom z Electrabela w dwóch transzach (2000-2003) za blisko 250 mln dolarów. Tymczasem na Zachodzie przyjmowano, że nabywca powinien zapłacić przynajmniej 1 mln dolarów za 1 MW mocy, czyli w przypadku Połańca powinno to być 1,8 mld dolarów (!).
W latach 90. Niemcy, Francuzi, Irlandczycy, Belgowie wykupili za kilkaset milionów złotych nasze cementownie, co stanowiło ułamek ich wartości. Skutek był taki, że zamknięta została Cementownia w Wierzbicy, bo jej modernizacja dla Lafarge była nieopłacalna, a my mieliśmy najdroższy cement w Europie.

A jak było z Polskimi Hutami Stali? Pojedynczo nasze huty nie stanowiły wielkiej siły, więc słusznie przeprowadzono ich konsolidację (Huta Katowice, Sendzimira, Cedler i Florian). Szybko jednak PHS zostały sprzedane przez ministra Wiesława Kaczmarka (SLD) hinduskiemu koncernowi Mittal, który zapłacił za niego zaledwie 6 mln zł (!), przejmując 70 proc. rynku, choć do tego doszło, jak mówił rząd, 3 mld zł długów (prawdopodobnie inwestor wynegocjował i tak redukcję długu z wierzycielami). W kolejnych latach Mittal dostał jednak aż 2,5 mld zł pomocy publicznej, więc w praktyce państwo polskie jeszcze zapłaciło inwestorowi za to, że przejął kontrolę nad hutami.

Wiesław Kaczmarek w 2002 r. sprzedał za 1,5 mld zł STOEN niemieckiemu RWE, co przez większość ekspertów zgodnie zostało uznane za cenę kilkakrotnie zaniżoną. Niewiele brakowało, a za marne pieniądze kontrolę nad polskim rynkiem cukru przejęliby za rządów Buzka Niemcy i Francuzi. Tylko determinacji części posłów AWS, w tym Elżbiety Barys, Gabriela Janowskiego, Adama Bieli, Mariana Dembińskiego, Tomasza Wójcika, Zdzisława Pupy, zawdzięczamy powstanie Polskiego Cukru, który zdążył jeszcze zachować około 40 proc. rynku. Co dla inwestorów było najważniejsze, to fakt, że przejmowali chłonny polski rynek i pozbywali się potencjalnych konkurentów. Niejednokrotnie chodziło też o kupienie polskiej firmy, aby ją zwyczajnie zniszczyć i zamknąć. Już w 1998 r. prof. Andrzej Karpiński z PAN alarmował, że Polska straciła przemysł elektrotechniczny, bo nasze firmy zostały przez nowych właścicieli zlikwidowane.

Nie mamy banków

Innym przykładem wyprzedaży za półdarmo państwowego majątku jest prywatyzacja sektora bankowego, która rozpoczęła się już w 1991 roku. Zagranicznych właścicieli znalazły prawie wszystkie banki komercyjne, częściowo sprywatyzowany jest też PKO BP. To wszystko spowodowało, że zagraniczny sektor bankowy opanował około 80 proc. rynku. Dla przykładu w Niemczech, Francji czy Włoszech udział zagranicznych banków w rynku jest symboliczny, wynosi co najwyżej około 10 procent. W dodatku zrobili to bardzo tanio, bo trudno za dobry interes uznać 6,5 mld zł, jakie Włosi z UniCredit zapłacili za Pekao SA, albo nieco ponad 2 mld zł, które za BZ WBK zapłacili Irlandczycy z AIB – wartość tych banków była kilka razy wyższa.

Z kolei za 30 proc. akcji PZU Eureko i BiG Bank Gdański zapłaciły ponad 3 mld zł, choć grupa była warta wtedy co najmniej 30-50 mld złotych. Minister Emil Wąsacz wybrał wówczas inwestora bez zgody rządu i w atmosferze skandalu został zdymisjonowany. Kulisy tej prywatyzacji odsłoniła sejmowa komisja śledcza, a Wąsacza postawiono przed Trybunałem Stanu (także za sprzedaż Domów Towarowych Centrum po zaniżonej cenie).

Friedman ostrzegał

Skandalicznie prowadzona prywatyzacja przyniosła Polakom upadek całych gałęzi przemysłu, gigantyczne bezrobocie, spadek poziomu życia. W roku 1990 stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 6,5 proc., a bez pracy było 1,1 mln Polaków. Rok później ten wskaźnik wzrósł do 12,2 proc. (2,1 mln), a w 1994 – 16,4 proc. (2,9 mln). W pierwszych latach prywatyzacji mieliśmy także do czynienia z drastycznym spadkiem PKB – w 1994 r. był on niższy o kilkadziesiąt procent niż w 1989 roku.

Przed skutkami takiej polityki prywatyzacyjnej przestrzegał Polaków jeszcze w 1990 r. prof. Milton Friedman, amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla. Apelował, abyśmy nie popełniali błędu w postaci sprzedaży polskich firm cudzoziemcom, bo sprzedamy je “niemal za nic” i nic na tym nie zyskamy. – Pamiętajcie jedno: cudzoziemcy nie będą inwestować w Polsce po to, by pomóc Polsce, ale po to, by pomóc sobie – mówił Friedman w wywiadzie dla “Res Publiki”.

Stoczniowy biznes Tuska i Grada

Ogromnym skandalem okazała się w ostatnich latach prywatyzacja przemysłu stoczniowego. Rząd Donalda Tuska nie chciał obronić stoczni przed decyzjami Komisji Europejskiej o zwrocie pomocy publicznej, co skazywało je na upadek. W tym samym czasie Niemcy hojnie dotowali swoje stocznie (ponad 300 mln euro) i ani myśleli przejmować się groźbami Brukseli. Tymczasem u nas zgodzono się na bankructwo stoczni, a minister Aleksander Grad gorączkowo szukał dla nich inwestora i “znalazł go” tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku. Stocznie miał kupić tajemniczy inwestor z Kataru, którego jednak nikt nigdy nie zobaczył.

Taki obrót sprawy był na rękę rządzącym. Stocznie, zwłaszcza ta w Gdańsku, były symbolem zwycięstwa “Solidarności”, jedności narodowej i oporu społecznego, także w III RP. Doprowadzając do zniszczenia wielkie zakłady stoczniowe zatrudniające tysiące ludzi, władze likwidowały także potencjalne ogniska sprzeciwu wobec polityki rządu.

Oszukani Polacy

Polska prywatyzacja jest pełna afer. I słusznie większości Polaków kojarzy się ze złodziejstwem. Dopiero po latach dowiadujemy się o roli różnego typu lobbystów w rodzaju Marka D., Gromosława C. czy ludzi z holdingu Jana Kulczyka zaangażowanych przy prywatyzacji TP SA.

Za sztandarowy przykład aferalnej prywatyzacji trzeba uznać Program Powszechnej Prywatyzacji z połowy lat 90., który miał z milionów Polaków uczynić właścicieli. Jego pomysłodawcą był minister Janusz Lewandowski, a realizacją zajął się Wiesław Kaczmarek. Program zakończył się klapą, Narodowe Fundusze Inwestycyjne (NFI) zarządzające ponad 500 firmami po kolei bankrutowały, wyprzedając za grosze wiele przedsiębiorstw. Polacy nie zyskali nic, ci, którzy w odpowiednim czasie sprzedali swoje świadectwo udziałowe (trzeba było za nie zapłacić 20 zł), mogli dostać za nie najwyżej 100 zł, a NFI nazwano najdroższą porażką III RP. Pieniądze zarobiła na tym grupa biznesmenów i polityków, często uciekających się do korupcji i innych przestępczych działań.
Historia wyprzedaży polskiego majątku narodowego po 1989 r. poraża skalą celowego niszczenia dobra, które mogło służyć ludziom. Zakłady zaorano, pracownicy poszli na bruk. Winnych nie pociągnięto do odpowiedzialności.

Krzysztof Losz

 

Historia prywatyzacji polskiego przemysłu

 

Notatka na marginesie

Władysław Bartoszewski przyznał, że „w czasie wojny bałem się bardziej Polaków niż Niemców” – cytat wyrwany z kontekstu ale… Czyżby Bartoszewski pracował wtedy jako konfident? agent? kolaborant? po…

Źródło: Władysław Bartoszewski (Bartman) – Żyd, kolaborant, zdrajca

Państwo islamskie powstało dla potrzeb USA i Izraela

Ripsonar News

Poniżej postaram się skondensować dotychczasowe materiały, które zarówno zamieściłem tłumacząc zagraniczne materiały jak i znajdując

Za: www.cbsnews.com Za: http://www.cbsnews.com

świetne źródła informacji na innych blogach i portalach informacyjnych.

Najważniejsza kwestia to to, czym jest owa organizacja.

Armia najemników, która rośnie w siłę jak orwellowski czarny charakter, stworzona i od początku wspierana przez izraelskie siły zachodnie i ich pełnomocników. Od momentu powstania, ISIS i sojusznicy służyli jako mięso armatnie w wojnach prowadzonych przez syjonistyczne imperium amerykańskie w Libii i Syrii, będące kontynuacją rozpoczętego wydarzeniami z 11 września 2001 syjonistycznego planu obalenia siedmiu bliskowschodnich oraz północnoafrykańskich krajów w ciągu pięciu lat. To militarne przedsięwzięcie trwa dłużej niż oczekiwano, lecz postępuje naprzód zgodnie z planem. – Brandon Martinez z portalu NonAlignedMedia.com [1]

Jeżeli powyższy opis wydaje Ci się niezrozumiały, a być może nawet nierealny, lub szalony, to w takim razie tym bardziej poniższe materiały będzie dla Ciebie.

View original post 2 170 słów więcej

Notatka na marginesie

grupa jak na razie bezimiennych 45 teologów, filozofów, prałatów i księży w różnych krajów przesłała dokument żądający interwencji u papieża w sprawie wycofania Amoris Laetitia

Źródło: Coś drgnęło lub 45 teologów i filozofów pisze do kardynałów